Patron

 

ZE WSPOMNIEŃ
BŁOGOSŁAWIONEJ BOLESŁAWY MARII LAMENT...

Urodziłam się w Łowiczu 3 lipca 1862 roku. Byłam najstarszym dzieckiem moich rodziców, Marcina i Łucji.

Dwa tygodnie po moich narodzinach zostałam ochrzczona w kościele parafialnym Świętego Ducha w Łowiczu. To właśnie w tym kościele pogłębiałam swoje życie religijne poprzez modlitwę i przyjmowanie sakramentów świętych. Także rodzice uczyli mnie prawdziwej miłości do Boga i do ojczyzny.

Byłam radosna i pełna życia, chociaż nie obce mi było cierpienie. Boleśnie przeżyłam śmierć trójki mojego młodszego rodzeństwa, a te doświadczenia zahartowały mnie mocno na przyszłość.

Moje dzieciństwo i młodość przypadły na okres po powstaniu styczniowym. Rodzice troszcząc się o nasze wychowanie nie zapomnieli, aby dać nam możliwie jak najlepsze wykształcenie.

Posłano mnie do rosyjskiego gimnazjum, gdyż innej szkoły średniej w Łowiczu nie było. Tam po raz pierwszy znalazłam się w środowisku obcym i tak odmiennym od zdrowej, religijnej atmosfery naszego domu rodzinnego. Zrozumiałam, jak wielkie niebezpieczeństwo czyha na młodzież, do której należy przyszłość, jak za wszelką cenę zaborca pragnie wyrwać z jej serc Boga i miłość do Ojczyzny. Wtedy poczułam w sercu pragnienie, aby bronić wiary i polskości. Zapragnęłam życie poświęcić dobremu wychowaniu dzieci i młodzieży. Ukończyłam gimnazjum z wyróżnieniem i z takim wykształceniem mogłam podjąć pracę w szkole.

Na dwa lata wyjechałam do Warszawy i tam ukończyłam kurs krawiectwa. Otworzyłam swój własny zakład, ale to nie dawało mi satysfakcji. Pan Bóg miał wobec mnie inne plany. Ciągle poszukiwałam... Spotykałam się z ogromną biedą ludzką. Dobrze pamiętam ten dom i noclegownię w Warszawie dla bezdomnych, głodnych i nieszczęśliwych. Ale powędrowałam dalej...

Mój spowiednik Ojciec Honorat Koźmiński, na prośbę białoruskiej znajomej o pomoc w pracy wychowawczej w Mohylewie - niewiele myśląc wskazał na mnie - znając moje pragnienia pracy wśród odłączonych, podzielonych, porzuconych. Wyjechałam, choć było mi trudno pozostawić swój kraj i rodzinę...

W Mohylewie założyłam zakład krawiecki z internatem dla dziewcząt. Uczyłam dziewczęta kroju i szycia, a wieczorami, potajemnie uczyłam religii, języka polskiego i historii polskiej.

Rok 1905 był dla mnie rokiem szczególnym. Do tego roku wszystko czyniłam zwyczajnie jako osoba świecka, ale ja i moje towarzyszki odkryłyśmy w sobie powołanie do życia zakonnego. W Święto Chrystusa Króla założyłam zgromadzenie, w którym rozpoczęłyśmy życie zakonne.

Wybuch rewolucji październikowej i zmiany, które potem nastąpiły, spowodowały przerwanie pracy na terenie Cesarstwa Rosyjskiego. Gdy wróciłyśmy do Polski musiałyśmy zacząć wszystko od początku. Nie miałyśmy nic, wszystko straciłyśmy w czasie rewolucji...

Ale Bóg stawiał na naszej drodze życzliwych ludzi. Błogosławił naszemu trudowi. Zaczęły powstawać placówki Zgromadzenia, zgłaszały się dziewczęta myślące o życiu zakonnym. Na pierwszym miejscu stawiałam na działalność wychowawczą i oświatową. Siostry obejmowały prace w sierocińcach i żłobkach, otwierałam przedszkola, szkoły zawodowe i gimnazja. Nauczałyśmy też religii w szkołach oraz różnymi sposobami starałyśmy się ożywić życie religijne w parafiach.

Od kilku lat ponownie jestem w umiłowanym Łowiczu poprzez kochane Siostry i prowadzone przez nie przedszkole oraz dzieła misyjne w mojej parafii u Świętego Ducha.

Byłam tylko narzędziem w ręku Boga, to Bóg sam czynił wszystko.

o_bolesi._lowicka_dumka.pdf